W końcu nadszedł ten czas. „Wiedźmin” od netflixa w końcu trafił na platformę. Zanim to się jednak stało, spotkał się z dużą ilością krytyki. Często bezpodstawnej. Ja generalnie byłam nastawiona pozytywnie. Moje oczekiwania wzrosły jeszcze bardziej, kiedy usłyszałam, że pierwszy sezon oparty będzie na opowiadaniach. Jestem bowiem bardziej fanką opowiadań niż sagi. Należę też do tej chyba niezbyt licznej grupy, która przeczytała „Wiedźmina” zanim pojawiły się gry, w które swoją drogą też grałam. Tak przy okazji w drugą część grało mi się najlepiej. Jednakże wracając do serialu, moje nadzieje nieco zmalały po zobaczeniu zwiastuna i przedstawienia postaci. Głównym ku temu powodem był brak momentów z moich ulubionych opowiadań. Chociaż pocieszało mnie całkiem obiecująco wyglądające aktorstwo Cavilla, to nie byłam do końca przekonana. Teraz okazuje się, że sprawdziły się zarówno moje obawy jak i nadzieje.

Obawa – Zgodność z książkami

To pierwsza moja obawa, która się sprawdziła. Rozumiem, że nie wszystko mogło być kropka w kropkę jak pierwowzór, ale niektóre wybory twórców wydały mi się raczej wątpliwe. Tutaj dopowiem pewne istotne rzeczy dla tych, którzy są jeszcze przed seansem, albo tego nie skumali. Na początku serial rozgrywa się na trzech liniach czasowych – Geralta, Ciri, Yennefer. Ta pierwsza opiera się właśnie na treści opowiadań, która niestety została nieco okrojona na rzecz pozostałych dwóch wątków.

Wiedźmin od netflixa

Ten zabieg bardzo mi nie pod pasował. Kocham opowiadania i liczyłam, że uda mi się ujrzeć je na ekranie w pełnej krasie. Poza tym powiedzieć, że wątek Ciri nie do końca trzyma się książkowej chronologii, byłoby niedopowiedzeniem. Za to wątek Yenn jest dość mocno podkoloryzowany, ale kupił mnie bardziej niż ten Ciri. Trzeba jednak mimo wszystko przyznać, że na koniec wątki te splatają się w jedną całość bardzo sprawnie i z sensem. Za nim obejrzałam ostatnie odcinki, kompletnie nie mogłam zrozumieć zmian, na które zdecydowali się scenarzyści. Teraz za to, kiedy widzę cały obraz, większość z nich miała jednak jakiś sens.

Nadzieja – Jaskier <3

Jaskier z Wiedźmina

Dobra, była wada, teraz kolej na zaletę. Jaskier jest moją ulubioną postacią w całym uniwersum i muszę przyznać, że pierwsze odcinki przetrwałam tylko ze względu na niego. Joey Batey jest w swojej roli bezbłędny. Piosenka „Toss a coin to your witcher” to czyste złoto. Zarówno w oryginalnej, jak i polskiej wersji. Generalnie mogłabym Jaskra oglądać na ekranie non-stop. Dzięki niemu momentami szczerze się śmiałam, a zdarza mi się to rzadko. Swoją obecnością ratował też nieco rozczarowujący odcinek z dżinem, ale o tym później. Ogromnym plusem było na pewno to, iż Joey Batey naprawdę potrafi grać na lutni i też jest artystą, co, mam wrażenie, pomogło mu pewnie lepiej wczuć się w rolę. Osoby odpowiedzialne za casting spisały się i to bardzo. Brakuje mi tylko jego kapelusika z piórkiem, ale już nie będę aż taka czepialska.

Obawa – Niewykorzystanie potencjału opowiadań

Renfri i Wiedźmin

Jak już wyżej wspomniałam, kocham opowiadania. Pamiętam, że każde z nich niosło za sobą jakąś puentę, która nie zawsze była całkiem oczywista, dzięki czemu otaczała je taka trochę baśniowa aura. Z którą z resztą bardzo kontrastował brutalny świat, gdzie rozgrywały się wydarzenia. Mam wrażenie, że twórcom nie do końca udało się to oddać w serialu. Pominę już to, że nie wykorzystano w nim kilku naprawdę świetnych opowiadań („Trochę poświęcenia” na przykład). Momentami ucinano sceny bądź cytaty dosyć ważne dla danej historii. Stało się tak w odcinku, który pokrywał opowieść z „Diabeł mówi dobranoc” oraz w tym, który oparty został na „Ostatnim życzeniu”.

Teraz leci spoiler, bo po prostu muszę się do tego przyczepić. W tym drugim przypadku zabrakło w odcinku słynnego tekstu „Spierdalaj i wychędoż się sam” czy jakoś tak. Nie chcę robić dramy o coś takiego, ale JAK ONI TAK MOGLI?! Sytuacje, które wynikły za pośrednictwem tej legendarnej sentencji, to moje ulubione sceny oraz ulubione żarty z całych dwóch tomów opowiadań. Nigdy nie zapomnę tego netflixowi, może i wybaczę im ze względu na Jaskra, ale nigdy nie zapomnę.

Nadzieja – Henry Cavill jako nasz tytułowy „Wiedźmin”

Henry Cavill jako Wiedżmin

Wiem, że lidzie przed premierą narzekali, że za ładny, zbyt nieskazitelny, a po wstępnych zdjęciach nawet przyrównali go do Legolasa. Ja jednak wbrew powszechnej opinii, pokładałam w Cavillu wiele nadziei. Teraz wiem, że i słusznie, ponieważ zarówno jako Geralt, i jako Wiedźmin nie zawodzi. Widać, że wczuł się w rolę. Zagrał dokładnie tak, jak wyobrażałam go sobie czytając książki. Do tego trzeba przyznać, że dobra charakteryzacja czy efekty też zrobiły swoje. Nie sądzę, aby ktokolwiek nadal próbował porównywać Cavilla do elfa z „Władcy Pierścieni”. Nie wiem w sumie, co jeszcze miałabym tutaj dodać, to po prostu trzeba zobaczyć i poczuć samemu.

Obawa – Złoty smok !drobne spoilery!

Tutaj przyznam, iż mimo obaw, miałam też pewne nadzieje, które jednak starałam się pogrzebać i o nich zapomnieć, aby uniknąć rozczarowania. Co do obaw, to po pierwsze brałam pod uwagę, iż mogą zawsze pominąć to opowiadanie. Działo się tam co prawda kilka ważnych rzeczy, zwłaszcza dla Yenn, ale jak już wiemy, twórcy serialu nie jeden raz nagięli to, co działo się w książkach. Po drugie bałam się, że budżet, bądź inne ograniczenia nie pozwolą im na stworzenie złotej bestii z prawdziwego zdarzenia.

Jak dla mnie to jest jedyny prawilny złoty smok
Nie wiem, czemu niektórzy twierdzą inaczej…

Sprawdziła się druga z nich. Zacznijmy od tego, że ten złoty smok to przypomina bardziej złotą wiverne, bo z tego co pamiętam to wivernom para skrzydeł służy jako przednie kończyny. Po za tym wydawało mi się, że takie majestatyczne stworzenie, jakim jest złoty smok będzie ciut większe. Generalnie nie jest tragicznie, ale, tak samo jak cała reszta, dupy nie urywa. Mimo wszystko jestem wyrozumiała, w końcu próba przebicia naszego słynnego polskiego smoka to przecież jak porywanie się z motyką na słońce.

Nadzieja – Muzyka

Pisałam już wcześniej o tym, jak bardzo podobało mi się „Toss a coin to your witcher”. Pomijając jednak tą piosenkę, soundtrack wieśka nadal stoi na wysokim poziomie. Przez większość czasu w tle przewija się utwór „Geralt of Rivia”, który według mnie idealnie oddaje klimat „Wiedźmina”. Z resztą co tu dużo gadać o muzyce, lepiej jej posłuchać.

Błędne przypuszczenia

Dobra, żeby nie było, że wszystko idealnie sobie przewidziałam i netflixowy „Wiedźmin” nic a nic mnie nie zaskoczył. Nie miałam racji co do wszystkiego. Kilka rzeczy mnie z deczko zdziwiło. Niemiłą niespodzianką było z pewnością to, że…

„Wiedźmin” nie jest tak wciągający, jak sądziłam

Kiedy netflix ogłosił swoje plany odnośnie serialowego „Wiedźmina” byłam przekonana, że jak tylko pojawi się on na platformie, obejrzę go spokojnie w jeden wieczór jako fanka książek i gier. Naprawdę wydawało mi się niemal pewnym to, iż serial ten będzie ogromnie wciągający i angażujący. Jakie było więc moje rozczarowanie, gdy po obejrzeniu pierwszego odcinka w zasadzie nie czułam potrzeby zaczynania kolejnego. Właściwie to prawdziwą przyjemność z oglądania poczułam dopiero przy trzecim odcinku. Nie mówię oczywiście, że oglądało mi się źle. Po prostu nie ciągnęło mnie do tego żadne naglące pragnienie, którego tak się spodziewałam. Na szczęście moje kolejne błędne przypuszczenie było raczej miłą niespodzianką.

Anya Chalotra nie pasuje do Yennefer

Yennefer z Wiedźmina

Tutaj moje przypuszczenia były raczej zgodne z powszechną opinią, według której aktorka ta jest za młoda do tej roli, no i wygląda zbyt łagodnie. Otóż, nic bardziej mylnego. Anya Chalotra świetnie wciela się w swoją postać. Momentami aż emanuje od niej ta niezależność oraz wyższość, która biła w książkach od Yenn. Mimo, że jej wątek został gdzieniegdzie ponaginany, to ogląda się go całkiem nieźle. Głównie ze względu na jej imponującą grę aktorką. Trzeba przyznać, że naprawdę nie spodziewałam się takiego obrotu spraw.

Oprócz tego było oczywiście jeszcze kilka rzeczy, które podobały mi się lub nie (na przykład Triss mi się nie podobała), ale nie chce teraz rozkładać serialu na drobne części i analizować każdą z nich. W tym wpisie chciałam tylko przybliżyć, jak „Wiedźmin” wypada w ogólnym rozrachunku. Dlatego wypunktowałam tylko najważniejsze, z mojej perspektywy, elementy.

Dubbing vs Oryginał

Michał Żebrowski jako Wiedźmin

To była moja największa zagwozdka podczas oglądania. Ile bym nie myślała, po prostu nie mogłam się zdecydować, co lepsze. Z jednej strony w polskiej wersji mamy idealnie pasujący głos Michała Żebrowskiego, a z drugiej strony mamy też świetnie wcielającego się w rolę Henry’ego Cavill’a. Do tego jest też Jaskier, który jest przecudownie odgrywany przez Joey’ego Batey, który nie dość, że gra na lutni, to jeszcze pięknie śpiewa. Lecz w polskiej wersji głos jemu podkłada Marcin Franc, mój ulubiony aktor musicalowy, którego wykonania do tej pory nigdy mnie nie zawiodły.

Dylemat ten rozwiązałam, wybierając dźwięk oryginalny. Okazuje się, iż „Wiedźmin” po angielsku wcale nie jest taki zły. Po prostu według mnie, kiedy mamy do czynienia z tak świetnie dobraną obsadą, dubbing, nawet ten pasujący, burzy trochę naturalność oglądanych scen. To jednak tylko moje odczucia, więc jeżeli wolicie dubbing, to wcale, a wcale wam się nie dziwie. Sama muszę przyznać, iż piosenka Jaskra podoba mi się chyba odrobinkę bardziej w polskiej wersji, ale na szczęście mogę jej sobie posłuchać na YouTube, więc oglądanie całego serialu z dubbingiem tylko dla niej byłoby bezsensu.

Podsumowując cały wpis – „Wiedźmin” od netflixa jest niezły, ale mógł być lepszy. Jak już mówiłam, dupy nie urywa.

Na zakończenie moja przygoda z książkami

W ogóle chciałabym tylko uprzedzić, że książki czytałam mając jedenaście lat, więc nie wszystko dokładnie pamiętam. Znaczy, tomy opowiadań kilka razy czytałam później będąc w gimnazjum, ale to nadal było dawno, więc jeśli palnęłam coś głupiego, śmiało mnie poprawcie.

Trochę motywacji

W ogóle, jeśli kogoś zastanawia, dlaczego przeczytałam taką serię w tak młodym wieku, to jest to dosyć ciekawa historia (w końcu Wiedźmin to raczej nie jest seria dla dzieci). Otóż moja rodzina jest jak jeden wielki wiedźmiński fandom. Moi rodzice książki kupowali i czytali na bieżąco, kiedy wychodziły, a więc nasze wydanie wieśka jest dosyć stare. Kiedy miałam jedenaście lat, moja starsza siostra przeczytała całą sagę i oczywiście stało się to częstym tematem rozmów z naszymi rodzicami. Jako dosyć ciekawskie dziecko powiedziałam, iż też chcę przeczytać tą książkę. Naprawdę denerwowało mnie, że ciągle nie wiem, o czym rozmawiają. Po za tym jak typowa młodsza siostra, chciałam robić to, co moje starsze rodzeństwo. Miarka się przebrała, kiedy mój tata powiedział, że jestem za młoda i nic nie zrozumiem. W tamtym momencie pobiegłam do półki z książkami chwyciłam „Ostatnie życzenie” i poszłam bronić mojej urażonej dumy (czyli czytać).

Kwestia dumy (i jednorożca)

Po każdym przeczytanym rozdziale bądź stu stronach chodziłam do rodziców chwalić się tym, że nadal wszystko rozumiem. Co nie było do końca prawdą. Może i owszem, rozumiałam, co się dzieje, a niekiedy brutalne aluzje do baśni i legend bardzo do mnie przemawiały (moją ulubioną baśnią w dzieciństwie była baśń o gościu, który zabijał swoje żony, także no cóż…), jednak wypchany jednorożec nie był kwestią oczywistą. Przez jakiś czas myślałam też, że Ciri i Mistle były bliskimi przyjaciółkami. To znaczy coś mi mówiło, że było między nimi coś więcej. Po prostu jako jedenastolatka nie zetknęłam się przedtem z takim wątkiem w żadnej książce. Uświadomiła mnie o tym starsza siostra, która jeszcze długi czas śmiała się z mojej naiwności.

Granica żywotności (książek)

Niestety nigdy nie skończyłam sagi, ponieważ „Pani Jeziora” rozsypała mi się w dłoniach (dosłownie). Tomik był najzwyczajniej w świecie tak stary i tyle razy czytany, że powypadały mu kartki, a niektóre się pogubiły. W końcu cały egzemplarz magicznie zniknął i nie odnalazł się nawet po przeprowadzce.

A co wy sądzicie o serialu? Też pokochaliście Jaskra tak samo jak ja? A może znaleźliście coś innego, co wam się spodobało, albo wręcz przeciwnie? A może mimo wad Wiedźmin od netflixa skradł wasze serca?

Zapraszam też do polubienia mojego Fanpage’a na Facebooku.