No cóż, od czego by tu zacząć… Chyba najlepiej byłoby od początku. A więc trochę zaniedbałam ostatni rok pod względem filmowym. W kinie byłam chyba z cztery razy i w 2020 roku chciałam trochę ten wynik poprawić. To z kolei skłoniło mnie do zainwestowania w kartę cinema city unlimited. Polega to na tym, że płacisz miesięcznie 48 zł (chyba, że mieszkasz w Warszawie, wtedy 57 zł) i chodzisz do kina ile razy chcesz. No i ja hasło, którym sieć owych kin promuje swój program wzięłam bardzo dosłownie. Mianowicie chodzi o wyrażenie „filmy non-stop”. Na to ja oczywiście pomyślałam sobie „challenge accepted”, a w mojej głowie zrodził się pewien pomysł…

Pewien straszny pomysł…

No i wylądowałam w kinie… na cały dzień… od 10 do 22… Także ten, no, fajnie było. A teraz tak serio, przed ostatnim filmem zaczęłam odczuwać pewne wątpliwości. Tak samo z resztą jak przed trzecim, drugim oraz pierwszym filmem. Podczas jechania do kina też nie byłam do końca pewna tego, co zamierzam zrobić. Jednak najgorzej było, kiedy już któryś raz podchodziłam do kasy, a pracownicy kina zaczęli się na mnie patrzeć z lekkim powątpiewaniem. Jakby nie wiedzieli, czy to znowu ta sama wariatka, czy to już matrix, albo atak klonów. Z resztą sama czułam się głupio, kiedy wychodząc z sali kinowej od razu kierowałam się do kasy, żeby kupić kolejny bilet.

Jeżeli życie rzuca ci pod nogi za dużo premier kinowych, zrób sobie maraton

Mówiąc w skrócie, postanowiłam zorganizować sobie własny, bardzo długi i rozłożony w czasie maraton kinowy. Ponieważ pomyślałam sobie, że jest naprawdę dużo filmów, które chciałabym zobaczyć obecnie na dużym ekranie, a jestem zbyt leniwa, żeby jeździć na każdy z nich osobno. Tak więc rozpisałam sobie grafik, wyglądający w ten sposób:

  • 10.20 – Śnieżka i Fantastyczna Siódemka
  • 14.10 – Jojo Rabbit
  • 17.00 – Boże Ciało
  • 19.30 – 1917

Czy było warto?

Według mnie tak. Powyższe filmy były naprawdę warte wybrania się na nie do kina. Poza tym trzy z nich brały udział w tegorocznej rywalizacji oscarowej, więc chociaż raz byłam z nią w miarę na bieżąco. Jeżeli jednak zadalibyście nieco inne pytanie, na przykład…

Czy było to męczące?

Tak, było i to bardzo. W końcu owe przedsięwzięcie wiązało się z przesiedzeniem w kinie mniej więcej ośmiu godzin, a to nie mało. Po pierwszym filmie czekała mnie najdłuższa przerwa, więc poszłam zjeść sobie kanapkę w Subwayu, przeszłam się po galerii i poczytałam książkę. Po drugim filmie wybrałam się za to do KFC (nie ma to jak zdrowa, urozmaicona dieta). A jak już miałam za sobą trzeci film, to nie bardzo wiedziałam, kim jestem. Pamiętałam tylko, że muszę iść do kasy po kolejny bilet. No a potem kupić sobie coś do picia, bo skończyła mi się woda. Byłam na tyle zmęczona, że po zapłaceniu prawie stamtąd odeszłam bez mojego picia. Na szczęście ktoś mnie zawołał, chociaż było mi trochę wstyd.

W sumie to nie byłam pewna, czy nie zasnę na ostatnim seansie. Szczególnie, że nie jestem wielką miłośniczką wojennych filmów. No ale „1917” okazało się naprawdę pięknym i równocześnie emocjonującym widowiskiem. Z resztą oceniłam go na Filmwebie aż na 9/10. Szczerze powiedziawszy to nie wiem, dlaczego tak wysoko. Byłam naprawdę zmęczona, więc trudno powiedzieć, co mną kierowało. Na razie jednak zostawię tą ocenę, bo głęboko wierzę, że musiałam mieć ku temu jakiś dobry powód. To z kolei sprowadza się do kolejnego pytania.

Czy taka forma oglądania wpłynęła na odbiór filmów?

Tak i było to raczej do przewidzenia. W końcu zazwyczaj ludzie nie chodzą do kina więcej niż raz w ciągu dnia, ba! często nie częściej, niż raz w tygodniu, czy w miesiącu. Głównie dla tego, że taki wypad po pierwsze zabiera trochę czasu, a po drugie też swoje kosztuje. Ja zdecydowałam się na to dziwne przedsięwzięcie, tylko ze względu na kartę unlimited. Byłam też świadoma, że takie oglądanie filmów jeden za drugim trochę zaburzy ich odbiór. Nie mówię, że miałam problem ze skupieniem w trakcie seansu. Gorzej było już po. Szczególnie, iż każdy z tych filmów na swój sposób prowokował do przemyśleń. Do tego stopnia, że na drugi dzień nie za bardzo byłam w stanie skupić się na żadnym z nich. Wydawało mi się, jakby od obejrzenia pierwszego minął już przynajmniej dobry tydzień. Muszę także przyznać, iż nadal nie pozbierałam się po tym wypadzie do końca, w pozytywnym tego sformułowania znaczeniu.

To było naprawdę ciekawe doświadczenie i chodź może wpłynęło na odbiór samych filmów, to nie w sposób negatywny. Po prostu odczucia po wszystkich tych seansach były nieco inne, niż po pojedynczym wypadzie do kina.

Filmy, na których byłam

Śnieżka i Fantastyczna Siódemka

Opis

Fantastyczna siódemka to grupka przystojnych bohaterów, którzy słyną z takich rzeczy jak zabijanie smoków i ratowanie księżniczek (tych ładnych rzecz jasna). Niestety (albo stety) pewnego dnia po pokonaniu pewnego smoka napotykają oni brzydką, zieloną czarownicę i ją również pokonują. Okazuje się jednak, że owa czarownica to tak naprawdę księżniczka wróżek, która w zemście rzuciła na nich czar. Mianowicie zamieniła ich w małe, zielone krasnoludki, a odwrócić ten czar może tylko pocałunek najpiękniejszej dziewczyny na świecie.

No i teraz przechodzimy do Śnieżki, która ma pewien problem. Mianowicie wszyscy mieszkańcy zamku łącznie z jej ojcem zniknęli w tajemniczych okolicznościach. Stoi za tym macocha Śnieżki, która okazała się być wiedźmą, a Śnieżka nieświadomie ukradła jej magiczne buty, które czynią ich właściciela wiecznie pięknym i młodym. Teraz dziewczyna musi odnaleźć fantastyczną siódemkę, aby pomogli jej oni ocalić ojca i pokonać złą macochę.

Moja opinia

Na tym filmie byłam już drugi raz i to nie bez powodu. No a powód był taki, że za pierwszym razem nie zrobiłam sobie notatek, a chciałam napisać wpis na blogu, więc stwierdziłam, że pójdę drugi raz. W każdym razie taki był oficjalny powód. Nieoficjalny był taki, że po prostu tak bardzo spodobała mi się ta animacja, iż musiałam pójść na nią drugi raz. Dobra, tak naprawdę naprawdę to chciałam jeszcze raz sobie popatrzeć na Merlina, ale ciii… to tajemnica. Nie będę pisać więcej bo nie długo pojawi się recenzja na blogu, a jak już się to stanie, znajdziecie ją o tutaj.

Jojo Rabbit

maraton kinowy Jojo Rabbit
Warto dodać, że Taika Waititi dostał oscara za scenariusz do tego filmu

Opis

Jojo jest dziesięciolatkiem wychowującym się w Niemczech podczas drugiej wojny światowej. Wszechobecna wtedy nazistowska ideologia zrobiła z niego małego fanatyka, którego wymyślonym przyjacielem jest sam Adolf Hitler.

Chłopca właśnie czeka wyjazd na wyczekiwany przez niego pewnego rodzaju obóz dla małych nazistów. Niestety na tym właśnie obozie spotyka go przykry wypadek przez co na jakiś czas zmuszony jest siedzieć w domu. Podczas tych przymusowych wakacji odkrywa, że jego matka ukrywa w domu żydówkę, a na dodatek nie może donieść na nią władzom, ponieważ konsekwencje poniosłaby także jego mama, której Jojo nie chce stracić.

Moja opinia

Cóż rzec. Taika Waititi udowadnia na co go stać, i że sukces „Thor: Ragnarok” nie był przypadkowy. Mamy tutaj dobrze zrobioną satyrę. Bawiłam się świetnie, a i łezka mi w jednym momencie poleciała. W zasadzie jedyny problem jaki mam z tym filmem jest taki, że pod koniec te elementy komediowe, które znakomicie działały na początku, stały się nieco zbędne, a nawet wybijające z rytmu. Gdyż na przykład ja byłam już w tamtym momencie pochłonięta historią Jojo, która zdążyła chwycić mnie za serducho, więc nie potrzebowałam już tych satyrycznych wstawek, a nawet mi one nieco przeszkadzały.

Boże Ciało

maraton kinowy Boże Ciało
No niestety w tym roku polski kandydat do oscara znowu musiał ustąpić innemu filmowi

Opis

Daniel zostaje warunkowo zwolniony z poprawczaka i wyjeżdża, żeby pracować w stolarni, co nie jest do końca spełnieniem jego marzeń. Jednak przez pewien głupi przypadek zaczyna udawać księdza w małej, wiejskiej parafii.

Moja opinia

Ten film z całego maratonu podobał mi się najmniej, jednakże nadal był to kawał genialnej kinematografii. Stresowałam się razem z głównym bohaterem przez cały film. Wiedziałam, że to nie jest ten typ historii, który zakończy się kwiatkami i jednorożcami jeżdżącymi po tęczy, ale mimo to zaangażowałam się emocjonalnie. Do końca miałam nadzieję na jak najlepsze zakończenie dla bohaterów, ale czy je dostałam? No cóż, jak chcecie się dowiedzieć, to marsz do kina, bo warto. Chociaż w zasadzie to prawdopodobnie już raczej do sklepu po dvd, bo seanse kinowe, na które ja się załapałam były tylko pojedynczym eventem przed oscarami.

1917

Film ten dostał trzy oscary – za zdjęcia, dźwięk oraz efekty specjalne

Opis

Dwóch żołnierzy zostaje wysłanych z misją przedostania się za niemiecką linie frontu, aby dostarczyć alianckim oddziałom wiadomość, która może uratować nawet 1600 osób, w tym brata jednego z owych żołnierzy.

Moja opinia

Ten film był piękny, świetnie zrealizowany i przede wszystkim trzymający w napięciu. End of story.

Generalnie mogę śmiało powiedzieć, że zaserwowałam sobie kawał dobrego kina tamtego dnia i niczego nie żałuje. A wam zdarzyło się pójść kiedyś do kina więcej niż raz podczas jednego dnia?

Polub kluseczkę na Facebooku, żeby być na bieżąco.