Dobra, to chyba najbardziej spontaniczny wpis za jaki zabrałam się od początku prowadzenia bloga. Zwykle wszystkie pomysły zapisuje sobie w zeszyciku, żeby potem oczywiście prawie do niego nie zaglądać. Głównie dlatego, że kiedy przypominam sobie, ile mam pomysłów do zrealizowania, a jak mało czasu, zaczynam się stresować i przez to robię jeszcze mniej. W każdym razie wracając do wpisu, postanowiłam go napisać z powodu pewnego spostrzeżenia odnośnie mojego popkulturowego gustu, które co prawda pojawiło się w mojej głowie dość dawno temu, jednak dopiero w obecnej sytuacji zdałam sobie sprawę z pewnego problemu, którego nie umiem rozwiązać.

Mianowicie, chodzi o moje dość szerokie zainteresowanie popkulturą. Ha, a gdzie w czymś takim może być problem? Przecież dzisiaj prawie każdy interesuje się popkulturą, czyż nie? Ano właśnie w tym wypadku diabeł tkwi w szczegółach i nie w samej popkulturze znajduje się ten problem. Znajduje się on bowiem w szerokości. Nie chodzi mi bynajmniej o moją szerokość (aczkolwiek to też stanowi dla mnie pewną niedogodność, lecz nie nie do rozwiązania), ale o szerokość mojego zainteresowania kulturą popularną.

Nie bez powodu w tytule wymieniłam tyle jej rodzajów, a to i tak bardzo uogólniona i niepełna lista. Jeżeli jeszcze się nie domyślacie – mój problem w skrócie polega na tym, iż lubię tyle rodzajów oraz tworów popkultury, że nie jestem w stanie porządnie nacieszyć się żadnym z nich, a tym bardziej o tym pisać. Rozmyślanie nad rozwiązaniem tej zagwozdki zaprowadziło mnie do tego jak to wszystko się zaczęło…

Dawno, dawno temu…

Początek początków

No ale nie aż tak dawno. Powiedzmy… 6 lat temu była sobie dziewczynka. Dobra, wiecie co? żeby wytłumaczyć sytuację tej dziewczynki muszę cofnąć się dodatkowe 6 lat, czyli łącznie cofamy się 12 lat w przeszłość (wiem, świetny ze mnie matematyk, co nie?). Nasza dziewczynka była wtedy w przedszkolu. Wiecie, czas zawierania podwórkowych przyjaźni, bawienia się na trzepaku oraz nauki, co to znaczy, że ktoś jest podłym kłamcą, po tym jak tata powie wam „tak, tak, trzymam twój rower, możesz zjeżdżać z tej górki”. Nie wszyscy wtedy tą dziewczynkę lubili, ale ona też nie lubiła wszystkich i jej to pasowało. Jak większość dzieci nie przejmowała się opinią innych i raczej łatwo przychodziło jej zawieranie znajomości.

Ta mniej wesoła część historii (czyt. podstawówka)

Potem jednak przyszła podstawówka i zaczęła się faza „chłopcy są fuj”, o której nikt mi jej nie powiedział. Dziewczynka była bowiem raczej chłopczycą (czyt. większość jej przyjaciół stanowili chłopcy). Z tego powodu reszta dziewczyn z jej klasy wpakowała ją do szufladki podpisanej „chłopak”. W skrócie wiązało się to z tym, iż żadna z szanujących się (w ich mniemaniu) dziewczynek nie rozmawiała, ani nawet nie zbliżała się do tej jednej. Następnie splot raczej niefortunnych zdarzeń doprowadził naszą protagonistkę do zmiany szkoły.

Zmiana szkoły

Po zmianie szkoły wszystko było okej, do czasu… A konkretniej do pewnego przykrego incydentu i wygadanego przez kogoś sekretu pod koniec trzeciej klasy, w wyniku którego połowa osób (tym razem ta męska, czy raczej chłopięca) chodzących z nią do czwartej klasy, delikatnie mówiąc, postawiła sobie za cel uprzykrzanie jej życia. Na szczęście po roku im się znudziło i klasa wybrała sobie innych nieszczęśników, nad którymi mogliby się poznęcać. To znaczy na szczęście dla mnie, bo zdecydowanie nie dla tych nowych nieszczęśników rzecz jasna.

Jak przetrwałam jesień średniowiecza

Musicie bowiem coś wiedzieć o mojej klasie w podstawówce. Dzieliła się ona na dwie frakcje – chłopców i dziewczynki, a w każdej z nich panowała pewna hierarchia. Na czele frakcji stała „ta popularna” oraz „ten popularny”. Przez całe trzy lata pozycje te piastowały niezmiennie te same osoby. Potem był dwór (czyt. przyjaciele tego na szczycie). Z kolei potem podrzędna szlachta (czyt. znajomi tego na szczycie, bądź przyjaciele dworu). Potem mieszczanie, czyli cała reszta oprócz plebsu, no a ostatni w łańcuchu pokarmowym byli trędowaci. Nie dosłownie, wymyślona przeze mnie nazwa nie odnosi się w żaden sposób do ich zachowania, wyglądu, czy stanu materialnego, ale do sposobu w jaki byli traktowani przez większość grupy. Chyba po tym opisie nie muszę wam mówić, że moja (tak, nadszedł czas na zmianę narracji) podstawówka to była istna jesień średniowiecza, prawda?

Będąc w czwartej klasie byłam trędowatą (dla pewności powtarzam – nie dosłownie) i nie do końca sobie z tym radziłam. Prawie każdego dnia wracałam do domu z płaczem powtarzając sobie, że już dłużej nie wytrzymam i tym razem powiem mamie, żeby mnie przeniosła. Ta chwila jednak nigdy nie nadeszła i zawsze zdążałam uspokoić się przed powrotem do domu. Potem z kolei nadchodziła najtrudniejsza część.

No i tutaj wchodzi popkultura

Co zrobić z czasem wolnym, kiedy nie miałam przyjaciół, z którymi mogłabym wyjść na dwór? To znaczy, miałam dwie przyjaciółki, ale jedna mieszkała na drugim końcu miasta. Druga zaś miała rygorystycznych rodziców, którzy rzadko pozwalali jej wychodzić. No i mnie nie lubili, ale akurat tutaj im się nie dziwie, bo mieli powody. Na ratunek pierw przyszły seriale. Jako że miałam wtedy lat 10 były to głównie seriale z Disney Channel, Nickelodeon itp. oraz kreskówki. Moimi osobistymi faworytami, do których nadal wracam były „Dziwne przypadki w Blake Holsey High” oraz „Galactik Football”.

Kontynuując całą historię, w piątej klasie skończyły się dla mnie męki trędowatej. Najpierw wskoczyłam na poziom plebsu, a ostatecznie pod koniec piątej klasy byłam dumnym przedstawicielem mieszczaństwa. Po pierwsze dlatego, że jedna z moich przyjaciółek zaprzyjaźniła się z damą dworu (czyt. najbliższą przyjaciółką tej popularnej). Ja z kolei po pewnych konfliktach z pewną szlachcianką niespodziewanie się z nią zaprzyjaźniłam.

Rzeczy, z których nie jestem dumna

Nie zmieniło to jednak faktu, iż nadal byłam w pewnym sensie odizolowana od reszty klasy. Starałam się to usilnie zmienić sposobami, z których nie jestem dumna. Gdybym mogła cofnąć się w czasie zmieniłabym wiele moich wyborów, chociaż z drugiej strony doprowadziły mnie one do miejsca, w którym stoję dziś i jestem z tego zadowolona. To, co jednak robiłam i to, jak potraktowałam jedną z moich przyjaciółek zmieniłabym nawet za cenę tego, gdzie dziś się znajduję.

Dobra, teraz to zabrzmiało jakbym nie wiadomo co jej zrobiła, ale w gruncie rzeczy kilka razy obgadywałam ją za jej plecami i raz odwróciłam się od niej plecami, kiedy grupa tych popularniejszych dziewczyn z niej szydziła. Pociesza mnie jedynie fakt, iż kilka razy się za nią wstawiłam, jednak to za mało. Byłam jej przyjaciółką i powinnam była obnosić się z tym dumnie. Nie podkopywać pod nią dołki, kiedy tylko mogło mi to przynieść korzyści.

No a tutaj dołączają książki

To właśnie wtedy do mojej ekipy ratunkowej dołączyły książki. Co prawda jeszcze nie czytałam ich wtedy tak maniakalnie, ale kilka tytułów zapadło mi w pamięć. Na przykład opowiadania i saga o wiedźminie. Tak, przeczytałam opowiadania i sagę w wieku jedenastu lat. Z resztą chyba nie muszę wam mówić, w jaki sposób książki traktujące o nierównościach społecznych i wykluczeniu ze społeczeństwa trafiały do mnie w tamtym okresie. No i także natrafiłam wtedy na moją, do teraz, ulubioną autorkę Licie Troisi oraz jej cudowne „Kroniki Świata Wynurzonego”, które przeczytałam chyba z pięć razy. A, no i warto wspomnieć, że nie sięgnęłam po te książki tak po prostu i przez przypadek. Miłość do książek miałam już zaszczepioną (i zdecydowanie nie była to zasługa lektur szkolnych, ale moich rodziców), jednak coś przez pewien czas zagrzebało nieco tą miłość (*kaszl* lektury szkolne *kaszl*). Wymienione przeze mnie powyżej książki na nowo ją przebudziły.

Potem nadeszła klasa szósta, w której moja grupa odrobinkę zmądrzała i prześladowania trochę ustały, a hierarchia powolutku zaczęła zanikać. Osoby, które kiedyś nie chciały na mnie spojrzeć, nagle zaczęły normalnie ze mną rozmawiać. Tylko, że ja już nie chciałam z nimi rozmawiać. W sumie to nawet nie tak, że nie chciałam, ja po prostu nie mogłam. Kiedy osoby wokół mnie zaczynały rozmawiać, mój mózg wyłączał się jak za dotknięciem magicznej różdżki. Nic nie byłam w stanie z tym zrobić. Zaczęłam więc ograniczać czas spędzany w towarzystwie do minimum. To z kolei poskutkowało częstszym buszowaniem po internecie w poszukiwaniu czegoś do oglądania.

*Anime właśnie dołączyło do rozmowy*

Moja popkulturowa historia Spice and wolf

Tak natrafiłam na anime „Spice and Wolf”, które całkowicie zdobyło moje serduszko. Obejrzałam je na raz, nie wiedząc nawet, że to anime. Później oczywiście doszukałam się tego, co tak naprawdę oglądałam i doznałam olśnienia. Mianowicie zachwyciło mnie jak wiele anime jest do obejrzenia. Dla dwunastoletniej mnie, której ciągle brakowało tytułów do oglądania, był to istny raj.

Moja popkulturowa historia Studio ghibli

Mniej więcej w tym samym czasie nawiedziły mnie nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa dotyczące pewnych filmów animowanych. Dwóch z nich przypomniałam sobie tytuły, były to „Spirited Away” oraz „Ruchomy Zamek Hauru”. Tytuł trzeciego z filmów wyświetlił mi się w proponowanych na CDA po obejrzeniu wcześniejszych dwóch, była to „Ponyo”. Potem po raz pierwszy obejrzałam „Księżniczkę Mononoke”, którą pokochałam całym sercem, tak jak i poprzednie tytuły. Wiedziałam, że te animacje musi coś łączyć i nie chodziło tutaj tylko o styl, ale też o coś więcej. One wszystkie, mimo poruszania odmiennej tematyki, wzbudzały bardzo podobne odczucie nostalgii, ale jednocześnie po obejrzeniu którejś z nich człowiek odczuwał nagły przypływ inspiracji. Spostrzeżenia te skłoniły mnie do poczytania nieco o tych produkcjach. Oczywiście od razu natrafiłam na perełkę jaką jest japońskie Studio Ghibli, które ostatecznie przypieczętowało moje zamiłowanie do anime.

Tak podstawówka dobiegła końca i nadszedł czas gimnazjum, i całe szczęście, bo dłużej bym z tymi ludźmi nie wytrzymała. W każdym razie zanim przejdę do gimnazjum, na którym zakończę swoją opowieść, gotowi na spin-off?

Krótki (w miarę) spin-off

Tak, to jeszcze nie wszystko. Jeszcze muszę wam powiedzieć jak zainteresowałam się inną gałęzią popkultury. Zacznijmy od starszego ode mnie o dobrych kilka lat syna mojej matki chrzestnej, który bardzo lubił grać, a ja będąc mała bardzo lubiłam patrzeć jak gra. Oczywiście nigdy nie pozwalał mi samej zagrać. Jak patrzę na moje obecne osiągnięcia w niektórych grach to… miał całkowitą rację, zepsułabym mu wszystko. No ale kiedyś pozwolił mi i mojej przyjaciółce zagrać. Dał nam 20 min na dojście do konkretnej lokacji, wytłumaczył najbardziej podstawowe zasady i sobie poszedł. Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, iż nam się nie udało. Tutaj jeszcze raz podkreślam, że moje umiejętności w większości RPG są żałosne, a do tego byłam wtedy naprawdę mała.

Moja popkulturowa historia world of warcraft

Kilka lat później moja siostra znalazła sobie chłopaka, który, jak się okazało, grał w tą grę. Nie będę was już dłużej trzymać w niepewności, było to „World of Warcraft”. Po paru namowach zgodził się mi ją zainstalować. Nawet podpisałam z nim i moją siostrę umowę dotyczącą warunków, na jakich zgadzają się to zrobić. Wiecie, że zobowiązuje się sprzątać po sobie i takie tam. Potem okazało się na dodatek, że chłopak mojej siostry ma młodszego brata, rok starszego ode mnie, który też lubi tą grę i generalnie według mojej siostry i jej chłopaka mieliśmy ze sobą bardzo dużo wspólnego. No i faktycznie mieli rację. Od razu się zaprzyjaźniliśmy i zaczęliśmy razem grać. Był pierwszym chłopakiem od paru lat, który był dla mnie miły, i jednym z niewielu prawdziwych przyjaciół, których wtedy miałam.

Patrząc na to wspomnienie po latach, wciąż towarzyszą mu miłe emocje. Nawet mimo pewnego incydentu, po którym na jakiś czas przestałam grać. Teraz nasze relacje są tak neutralne, jak mogłyby być, a wszelkie podobieństwa, jakie nas łączyły, zniknęły. Trochę to ironiczne, że w podstawówce pod kątem charakteru oraz upodobań byliśmy niemal identyczni. Teraz nie znaleźlibyście dwóch osób tak różnych jak nasza dwójka. Z dawnej przyjaźni nie pozostało absolutnie nic. Nawet w gry gram zupełnie inne niż wtedy.

No to teraz ta weselsza część historii (czyt. gimnazjum)

Dobra, lecimy do gimnazjum, bo zaczynam się rozklejać. Jakoś tak wyszło, że trafiłam do katolickiego gimnazjum. No i hmm… Można by sobie pomyśleć „nastolatka bi, która dopiero odkrywa swoją orientację trafia do katolickiej szkoły, na pewno nie miała łatwo”. Nic bardziej mylnego! W tej szkole poznałam wielu wspaniałych ludzi. W tym duża część z nich należy do społeczności LGBT, bądź jest jej sojusznikiem. Nikt mnie nigdy w tej szkole nie obraził, nikt mnie w niej nigdy nie dyskryminował. W każdym razie na pewno nie za to, kim jestem. I wiecie co? Sama nawet przeszłam na katolicyzm. Niby wierzyłam wcześniej w Boga, ale poznanie tych wszystkich wspaniałych ludzi w tej szkole zdecydowanie pomogło mi pogłębić swoją wiarę, a także dobrze poznać samą siebie.

Trochę traumy, trochę nowych przyjaciół

Wróćmy w każdym razie do początku, czyli do obozu integracyjnego, na którym poznałam moją nową najlepszą przyjaciółkę i kilka innych spoko osób. Wszystko dzięki… anime. W ogóle dzięki Bogu, że moja nowa najlepsza przyjaciółka była mega towarzyską osobą. Sama w życiu nie odważyłabym się do niej zagadać. Później dowiedziałam się od ludzi, że trochę bali się do mnie zagadywać, bo za każdym razem się kuliłam i wyglądałam jakbym zaraz miała rzucić się na ziemię i zacząć płakać „proszę nie bij”. Kiedy o tym usłyszałam, wydało mi się to zabawne, ale teraz jak tak sobie myślę to wcale nie jest mi do śmiechu.

Pomimo tych „trudności” w dogadaniu się z innymi, starałam się zdobywać znajomości jak tylko mogłam. Na przykład kiedy usłyszałam, jak jakiś chłopak mówi o „Naruto”, specjalnie zaczęłam opowiadać o tym anime mojej przyjaciółce z podstawówki tak, żeby ten chłopak usłyszał. No i się udało, podszedł do mnie i powiedział „Też lubisz „Naruto”? Piona.”. Przez resztę gimnazjum prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, ale nadal pamiętam ten moment. Pamiętam te wszystkie ciche półsłówka, które udało mi się wyszeptać podczas rozmowy o anime z kilkoma nieznanymi mi osobami przy ognisku.

Ta część o kpopie, shippowaniu ze sobą członków zespołów oraz zaklepywaniu biasów (możecie z czystym sumieniem ją przewinąć)

Moja popkulturowa historia BTS

A to był tylko wstęp do kolejnej mojej popkulturowej obsesji, którą był kpop. Zaczęło się wszystko od tego, że przyjaciółka mojej nowej (chociaż w sumie już nie nowej) najlepszej przyjaciółki praktycznie wmusiła w nią kilkadziesiąt kawałków swoich ulubionych zespołów kpopowych. No a kiedy moja najlepsza przyjaciółka wpadła totalnie, zaczęła mi o tym opowiadać. Od czasu do czasu proponowała mi puszczenie sobie jakiś kawałków na słuchawkach. W końcu przekształciło się to w pewien nasz zwyczaj. Mianowicie codziennie na przerwach i w drodze na przystanek ja i moja przyjaciółka słuchałyśmy kpopu. Po pewnym czasie muzyka ta zaczęła mi się coraz bardziej podobać, aż wreszcie postanowiłam sama ją sobie włączyć w domu. No i to wtedy przepadłam.

Moja popkulturowa historia got7

Zanim przejdziemy jednak dalej, wypadałoby wspomnieć o jeszcze jednej mojej przyjaciółce z tamtego okresu. Okazało się bowiem, iż moja najlepsza przyjaciółka zaprzyjaźniła się z jeszcze jedną dziewczyną na obozie. Ani ona ani ja nie miałyśmy o sobie bladego pojęcia. Nawet nie chodzi o sam fakt, że obie zaprzyjaźniłyśmy się z tą samą dziewczyną. My nawet nie wiedziałyśmy o swoim istnieniu, a to był przecież OBÓZ INTEGRACYJNY.

W każdym razie po pewnym czasie nasza trójka stała się nierozłączna i razem jarałyśmy się kpopem, a okazjonalnie też anime. Pamiętam nawet jak przechodziłyśmy tą straszną fazę zaklepywania sobie biasów (ulubionych członków danego zespołu). Na szczęście szybko ogarnęłyśmy, że to bez sensu. Czasami całymi weekendami (albo i nie) przesiadywałyśmy w piwnicy lub w salonie u tej z nas, która mieszkała w mini villi na zadupiu, ucząc się układów tanecznych, śpiewając (a przynajmniej próbując śpiewać), pisząc fanfiki, oglądając Boku no Pico… Dobra, STOP! To zmierza w złą stronę. W każdym razie życie było sielanką.

Ta część o yaoi (nadal możecie przewijać)

Moja popkulturowa historia love stage

Ta sielanka z kolei sprzyjała powstawaniu nowych popkulturowych obsesji. Pierwsze przyszło yaoi, kiedy okazało się, że jedna z nas zaczęła shippować członków zespołów kpopowych. A dwie pozostałe choć na początku targane wątpliwościami, stwierdziły, że to nie taki zły pomysł. To był zły pomysł, ale okres dojrzewania rządzi się własnymi prawami, ok?. Jako że oglądałyśmy też anime, dotarcie do yaoi było tylko kwestią czasu.

No i wreszcie dramy (możecie przestać przewijać)

Moja popkulturowa historia cesarzowa ki

Potem przyszedł czas na dramy. Akurat jak byłam w gimnazjum, w telewizji puszczana była pewna popularna drama i przypadkowo na nią trafiłam. No i już mniej przypadkowo wkręciłam w oglądanie jej moją mamę i siostrę. Niedługo potem pewnego dnia po wizycie w macu rozmawiałam z moją przyjaciółką o tej dramie. Wtedy ona zaczęła opowiadać o bardzo podobnej serii, która też akurat leciała w tv. Pewne wydarzenia aż nazbyt się zazębiały więc spytałam ją, jak nazywa się oglądana przez nią drama, a ona na to, że nie wie. Potem sprawdziłyśmy to w necie i okazało się, że obie oglądałyśmy i miałyśmy obsesję na punkcie „Cesarzowej Ki”. W ogóle to nie znałyśmy wtedy pojęcia drama i serię tą nazywałyśmy „koreańską telenowelą”. Właściwą terminologię poznałyśmy dopiero trafiając na „Exo Next Door”. W międzyczasie natrafiłam też na japońską dramę „Minami-kun no koibito” oraz tajskie BL „Sotus”.

Nie muszę też chyba dokładnie opisywać tego, jak przez anime trafiłam na mangi, a przez to na manhwy i webtoony. Gdybym miała też wymieniać każdą gałązkę popkultury, o którą kiedykolwiek przyhaczyłam, ten wpis nie miałby końca. I bez tego jest już cholernie długi. Wiedźcie tylko, że tych gałązek było baaardzo duuużo, a odkąd zaczęłam prowadzić bloga, jest tego coraz więcej.

To teraz czas na jakieś wnioski…

Wniosek jest taki, że w moim życiu zagłębiłam się w popkulturę tak bardzo, że nie wiem, co z tym zrobić. Lista tytułów do obejrzenia/przeczytania starczyłaby mi chyba na całe życie, a cały czas przybywa coś nowego. Ja po prostu nie nadążam. Nawet kwarantanna nie rozwiązała dla mnie tego problemu, więc nie wiem nawet, co się stanie, jak wszystko wróci do normalności. Jednak oczywiście che, aby tak się stało. Obawiam się, że w kwestii mojej listy tytułów nic specjalnie się nie da zrobić. Znalazłam za to pewien sposób na to, jak w tym wszystkim sprawnie prowadzić bloga, a konkretnie……*fanfary w tle*……….*konfetti*… tygodnie tematyczne.

Tygodnie tematyczne (nie przewijajcie, to ważne!!)

Brzmi banalnie co? Jednak myślę, że może zmobilizować mnie trochę do regularności w pisaniu i do tego ożywi trochę fanpage’a. A jak takie tygodnie tematyczne będą wyglądać? Już tłumaczę.

  • Ja wybieram temat na dany tydzień. Może kiedyś, jak zbierze się tutaj większa liczba czytelników, to pozwolę wam wybrać mi temat w ramach eksperymentu.
  • Tydzień trwa od wtorku do niedzieli (bo mam taki kaprys)
  • Przez ten czas oprócz publikowania wpisów na bloga w danej tematyce (przynajmniej jeden na dany tydzień) będę wam podrzucać linki do ciekawych artykułów innych blogerów, jakieś ciekawe polecenia, może kilka ciekawostek, a także nawet muzykę, jeżeli będzie miała związek z tematem.
  • Pierwszy tydzień tematyczny planuje zacząć we wtorek 05.05.2020 i mam już temat, ale póki co wam go nie zdradzę.
  • Poza tygodniami tematycznymi nadal będę normalnie prowadzić bloga. Oznacza to mniej więcej tyle, iż tydzień BL nie powstrzyma mnie przed wrzuceniem na bloga recenzji najnowszej kdramy. Na fanpage’u będę oznaczać, które treści podlegają pod tydzień tematyczny, a które nie.
  • To, że dany temat już raz się pojawił, nie oznacza, iż nie pojawi się znowu. Dany temat może pojawić się tyle razy, ile zapragnę, lecz nigdy pod rząd. Chyba, że stanie się jakiś nagły wypadek, ale takowych nie przewiduje.

No i najważniejsze. Żeby być z inicjatywą na bieżąco, zachęcam was do polubienia fanpage’a na Facebooku.

PS. Jaka jest wasza popkulturowa historia?