Miałam nie pisać tego wpisu. Naprawdę miałam tego nie robić, jednak jakoś tak wyszło, że jednak to robię. Dlaczego? Bo mam wrażenie, że moja opinia jest bardzo niepopularna, tak więc pomyślałam, że fajnie by było się nią podzielić na blogu. Po za tym „Zbłąkany Syn” nie ukazał się w Polsce na tyle dawno, żeby pisanie recenzji było nie na miejscu. Znaczy w ogóle ja uważam, że na dobrą recenzję nigdy nie jest za późno. A to w sumie znaczy, że powinnam się z tym wpisem szybko uwijać, bo może już być za późno na wstawienie go.

Dobra, tym suchym akcentem oficjalnie zaczynam właściwą część wpisu.

Opis

Simon Snow zrobił to, czego wszyscy od niego oczekiwali. Pokonał złoczyńcę, ocalił świat magii, a nawet znalazł miłość… No cóż, to by było na tyle, jeśli chodzi o dobre wiadomości. Okazało się bowiem, iż wydarzenia minionego roku zmieniły życie Simona o sto osiemdziesiąt stopni, a ten nie za bardzo sobie z tym radzi. I nie chodzi tylko o smocze skrzydła i ogon, które pozostawiło rzucone przez niego zaklęcie, ale także o to, iż Simon nie jest już czarodziejem, a być może nigdy tak naprawdę nim nie był.

Wszystko to sprawia, iż Simon wątpi w siebie i swoje życiowe wybory, co oczywiście odbija się na jego związku z Bazem, który także musi się zmierzyć ze swoimi problemami. Kiedy ich związek zbliża się ku najgorszemu, Penny wpada na zwariowany pomysł wspólnego wypadu do Ameryki.

Happy end?

Tak, po skończeniu „Nie poddawaj się” raczej ma się odczucie, iż historia została już zakończona, ale Rainbow Rowell najwyraźniej miała na ten temat inne zdanie. Według mnie, całe szczęście, że tak było, bo nie tylko dostaliśmy świetną kontynuację, ale niedługo dostaniemy też trzecią część, co łącznie da nam całą trylogię (świetny ze mnie matematyk co?).

Widziałam dużo opinii ludzi, którzy twierdzą, że „Zbłąkany Syn” psuje to, co było w części pierwszej, a także że postacie zrobiły się irytujące. Ja po części się zgadzam z tym o postaciach, ale uważam, iż to wyszło akurat książce na dobre. No i tutaj możecie się zastanawiać, o co mi w ogóle chodzi. W końcu jak niby irytujące postacie mogą wyjść powieści na dobre? A no mogą. Głównie dlatego, iż zależy to od tego, w jaki sposób postacie są irytujące. W „Zbłąkanym Synu” myślę, że czytelnik może odczuwać irytację (a przynajmniej ja tak miałam) z powodu czynów postaci, dlatego że mu na nich zależy. A to znaczy, że książka już odniosła pewien sukces, ponieważ sprawiła, że postacie nie są nam obojętne.

Lepiej wykreowane postacie

No a skoro jesteśmy już przy postaciach, czas przejść do kolejnej rzeczy, którą według mnie „Zbłąkany Syn” robi świetnie. Mianowicie chodzi o kreację bohaterów. Trochę tak jakbyśmy w pierwszej części dostali sam zarys, jakiś szkic postaci, a dopiero w drugiej ukazał nam się pełny obraz; Simon jest Simonem jeszcze bardziej, Baz jest jeszcze bardziej Bazem, a Penny… to Penny. Ona już w sumie w „Nie poddawaj się” była bardzo dobrze przedstawiona. Trochę też przez tą kwestię możemy odczuwać irytację, ponieważ w „Zbłąkanym Synu” mamy też do czynienia z bardzo uwydatnionymi wadami i niedoskonałościami bohaterów.

Mam wrażenie, że część pierwsza przyzwyczaiła nas do raczej ogólnie wesołego klimatu oraz w miarę pewnych siebie bohaterów, którzy potrafią naprawiać swoje błędy i bez problemu porozumiewają się między sobą. Wszystko ładnie pięknie, tylko że nie do końca. Może i kocham pierwszą część przygód Simona, ale trzeba przyznać, że jest nieco wyidealizowana. W drugiej części autorka próbuję raczej pokazać bohaterów z innej strony. Pokazuje nam, że ten natłok wydarzeń z pierwszej części nikogo nie pozostawiłby bez skazy, że to tak po prostu nie mogło się skończyć zwykłym happy endem. Pokazuje też, że walka z traumą i piętrzącymi się przez nią kompleksami nie jest taka łatwa.

Często słyszę, że wielu konfliktów w popkulturze można by uniknąć poprzez komunikację, ale jak często my, w prawdziwym życiu, mamy problemy z tak prostą czynnością jaką jest komunikacja? Właśnie to tak mi się podoba w „Zbłąkanym Synu”; Bohaterowie są bardziej ludzcy przez co dla mnie wydają się bliżsi i łatwiej się z nimi utożsamiać.

Magia po amerykańsku

Kolejna kwestia to świat wykreowany. W „Nie poddawaj się” mieliśmy do czynienia z dosyć jawną repliką Harrego Pottera. Natomiast „Zbłąkany Syn” przenosi nas do Ameryki, gdzie Rainbow Rowell wykreowała całkiem intrygujący magiczny światek. Nawet jeżeli nie wszystkie elementy są idealne, to całość dość mocno powiewa świeżością, przez co lektura staje się ciekawsza. Trzeba też przyznać, że autorka, jak na kogoś kto wcześniej pisywał raczej romanse młodzieżowe, całkiem nieźle sobie radzi z gatunkiem fantasy. Jednocześnie nie powielała schematów i wzorców typowych dla tego gatunku. Czytając „Zbłąkanego Syna” miałam wrażenie jakbym czytała dobry młodzieżowy romans, ale w magicznym świecie i to na dodatek przyzwoicie wykreowanym.

Zakończenie

No ostatnią sprawą byłoby zakończenie, o którym postaram się napisać bez spoilerów. Przechodząc do rzeczy, część osób narzeka na jego otwartość oraz odmienność od zakończenia pierwszej części. Napisałabym coś chętnie na ten temat, ale Rainbow Rowell bardzo trafnie odniosła się do tych opinii na twitterze.

No właśnie, trylogia. Gdybyśmy na końcu „Zbłąkanego Syna” dostali ewidentny happy end, po jaką cholerę miałaby powstawać kolejna część? A w ogóle to polecam wam zaobserwować Rainbow Rowell na twitterze. Niektóre jej tweety naprawdę potrafią wywołać u człowieka uśmiech.

Carry on meme
Szkoda że polscy czytelnicy nie mają tego wyboru… Btw, którą okładkę wy byście wybrali? Ja oczywiście tą z wizerunkami Simona i Baza.

Snowbaz

Matko, ale krótki mi wyszedł ten wpis. A nie, chwila, zapomniałam jeszcze napisać o samej relacji Simona i Baza. Żeby was uspokoić, wtrącę szybko, iż dalej jest uroczo i romantycznie. Tylko że teraz dochodzi do tego jeszcze szczypta traumy i kompleksów. Ale nie tyle, aby wpływało to na przyjemność z czytania. Ich relacja jest według mnie prowadzona świetnie. Jest tyle konfliktów ile trzeba, by nie było nudno, ale jednocześnie nie tyle, by stały się źródłem irytacji. Równowaga jest idealnie zachowana (nie, nadal nie pozbierałam się po infinity saga i nie, nie chcę o tym rozmawiać). Po za tym niektóre sceny są tak piękne i klimatyczne, że normalnie byłam bliska rozpłynięciu się podczas czytania. Chyba nie wytrzymam do następnej części. Chociaż w sumie mam teraz tyle innych świetnie zapowiadających się książek do przeczytania, że być może jednak sobie poradzę.

W każdym razie uważam, że „Zbłąkany Syn” obiektywnie patrząc różni się od „Nie poddawaj się” ale jest równie dobry. Subiektywnie? „Zbłąkany Syn” to życie i zasługuje na więcej uznania bo jest lepszy niż pierwsza część.

A wy czytaliście już drugi tom przygód Simona Snowa? Jak wam się podobał?

W ogóle to wspominałam już o tym cyklu zarówno w polecajkach jak i w zestawieniu książek fantasy LGBT.

A, no i jeśli podobał wam się wpis to możecie zostawić lajka na fanpage’u kluseczki.

koteł proszący o lajka