O „Jesus Christ Superstar” słyszałam wiele pochlebnych opinii, ale tylko o tym w wykonaniu Teatru Rampa. O łódzkiej wersji chyba nie słyszałam prawie nic, więc nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Moje jedyne nadzieje podtrzymywał fakt, iż główną rolę gra Marcin Franc, którego głos po prostu ubóstwiam.

No i tym razem też się nie zawiodłam. Byłam zdecydowanie zaskoczona, ale nie rozczarowana. Po pierwsze nie sądziłam, że musical ten tak bardzo poprawi mi humor. W końcu ukrzyżowanie Jezusa to raczej niezbyt zabawna historia. Jednak w wersji rock opery zmienia się w pewnego rodzaju dramat komediowy, który wzrusza, ale jednocześnie podnosi na duchu. Po drugie nie sądziłam, że któraś piosenka mnie tak bardzo zachwyci, jak zrobił to utwór Marii Magdaleny „I Don’t Know How To Love Him”, który siedzi mi w głowie do teraz. I pewnie nawet jeśli ktoś przeczyta ten wpis za rok, poprzednie zdanie nadal będzie aktualne. Szkoda tylko, że nie ma możliwości posłuchania tych piosenek w wykonaniu łódzkich aktorów już po spektaklu. No ale nie można mieć wszystkiego.

Historia

Chyba nikt nie ma wątpliwości, co do fabuły tej rock opery. Historie Jezusa z grubsza zna raczej każdy. Tak więc myślę, że wybaczycie mi ewentualne spoilery dotyczące historii. W wersji rock operowej jednak mamy do czynienia z uwspółcześnioną jej wersją. I zabieg ten działa całkiem nieźle moim skromnym zdaniem. Chociaż nie każdemu może to odpowiadać. Szczególnie, że pojawiają się tutaj elementy ewidentnie komediowe, co niektórzy mogą uznać za nietaktowne. No ale czego innego można by się spodziewać po rock operze?

Piosenki w oryginale

Pomyślałam, że warto by wspomnieć o tym, iż piosenki nie zostały przetłumaczone i są śpiewane w oryginale. Komuś może to przeszkadzać, ale w moim przypadku było wręcz przeciwnie. Z resztą z takim zabiegiem spotkałam się już w Rampie i od razu podszedł mi on do gustu. Miło było posłuchać oryginalnych piosenek napisanych przez Tima Rice’a, a oczywiście muzyka skomponowana przez Andrew Lloyd Webbera również nie zawodzi. No ale to chyba nikogo nie dziwi. Pytanie czy łódzka ekipa poradziła sobie z tym wyzwaniem. Spoiler – zdecydowanie tak. Co więcej, akustyka była na bardzo dobrym poziomie, co w łódzkim muzycznym nie zdarza się często.

I Don’t Know How To Love Him

To jest mój absolutny faworyt spośród utworów „Jesus Christ Superstar”. Justyna Kopiszka w roli Marii Magdaleny to było po prostu mistrzostwo. Do tej pory siedzi mi w głowie jej wykonanie. Tym bardziej szkoda, że nie da się go posłuchać inaczej niż na żywo. Chyba normalnie, jeśli jeszcze kiedyś będę miała możliwość, to wybiorę się na ten musical jeszcze raz. W ogóle Justyna Kopiszka nie tylko wokalnie wypadła świetnie, aktorsko jej rola także stoi na wysokim poziomie. Naprawdę poruszył mnie jej występ, a nie zdarza mi się to często. Szkoda tylko, że ze względu na zaistniałą sytuację raczej nie prędko zobaczę jej występ znowu.

Hosanna

O tak, ta piosenka to dopiero miała moc. Jak sobie ją przypominam na nowo zaczyna mi chodzić po głowie. Gdybym umiała to pewnie regularnie bym ją sobie nuciła pod prysznicem. Niestety moje umiejętności wokalne, cóż… nie posiadam takowych w ogóle, tak że pozostaje nucenie w myślach. Przechodząc jednak do samej historii, naprawdę spodobała mi się interpretacja twórców odnośnie życia Jezusa i tego, kim był dla ludzi. W zasadzie każdy oczekiwał od niego czego innego, a on w końcu był tylko człowiekiem, chociaż w pewnym sensie też Bogiem, no ale jednak człowiekiem. Mimo, że zwykle historie biblijne nie wywołują we mnie większych emocji, to sam musical mnie poruszył.

Everything’s Alright

No i kolejny kawałek Marii Magdaleny (No co? naprawdę ta rola była świetna). Tutaj chciałabym też skupić się na to, jak musical przedstawił relację Jezusa i Marii. Z całą pewnością jest to przedstawienie ciekawe i stanowi fajne wykorzystanie postaci Marii, która w Biblii nie miała jakoś super ważnej roli za wyjątkiem robienia za przykład nawróconej grzesznicy. Chociaż domyślam się, że powstało o niej trochę apokryfów (apokryf – książka o tematyce biblijnej nie wchodząca w skład kanonu kościelnego) to jednak nie to samo. W musicalu jest kluczową osobą w życiu Jezusa i jest w nim zakochana, ale nie za bardzo wie, jak sobie z tym poradzić, bo w końcu nie jest to jakiś pierwszy lepszy facet. Nie wiem jak do was, ale do mnie jak najbardziej taka wersja trafia.

Oczywiście inne role także trzymały poziom. Marcin Franc jak zwykle nie zawodzi, a Janusz Kruciński na dobre wyrył się w mojej pamięci jako Judasz po tym jak wcześniej zachwycił mnie na „Aidzie” w roli Dżosera.

Świetna rozrywka

No i kwestia najważniejsza – „Jesus Christ Superstar” to po prostu świetna rozrywka. Humor jest dobrze wyważony jak na taką poważną historię i w granicach dobrego smaku. A jak już o elementach komediowych mowa, tutaj na scenę wchodzi Karol Dominiak jako Herod. Swoją drogą trochę mi zajęło zanim skapnęłam się, że to właśnie Herod wszedł na scenę, ale więcej wam nie zdradzę, bo nie chcę wam w razie czego psuć zabawy.

Oprócz tego nie brakuje momentów poważnych i wzruszających, ale o tym już trochę pisałam przy okazji postaci Marii Magdaleny. Nie wspominałam jednak jak wypadają poważne i podniosłe piosenki Judasza. No a wypadają znakomicie, bo, jak już wspominałam, Janusz Kruciński jest bezbłędny w swojej roli.

To by chyba było na tyle. Mam nadzieję, że jak obecna sytuacja ulegnie poprawie, to będzie można jeszcze zobaczyć „Jesus Christ Superstar” w Łodzi, bo chętnie wybrałabym się kiedyś jeszcze raz i wam też polecam.

No a jak chcecie czytać więcej relacji z musicali, a może niedługo także i ze zwykłych spektakli teatralnych, czy może nawet baletów, tutaj macie mój fanpage na Facebooku, a nagrodą za polubienie jest dozgonna wdzięczność pewnej kluski…

Powiedziałabym, że za każdego lajka ten koteł dostanie swojego ulubionego smaczka, ale nie będę uciekać się do szantażu emocjonalnego. Chociaż…