Po ostatnim wyjeździe stwierdziłam, że Warszawa nie jest miastem, do którego pałam jakąś wielką miłością, jednak jeśli chodzi o musicale, które są wystawiane w tamtejszych teatrach, sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Jakiś czas temu wstawiłam na bloga pierwszą część tego wpisu, gdzie podzieliłam się wrażeniami z „Rock of Ages” (tutaj macie link). Na tym musicalu byłyśmy z siostrą w piątek wieczorem zaraz po pociągu, a następnego dnia w sobotę miałyśmy „Aidę” na 15 w Romie, a „Rapsodie z Demonem” w Rampie na 18.30 bodajże. Te dwa teatry są od siebie dosyć oddalone więc ja i moja siostra musiałyśmy się nieźle pospieszyć. Jakimś cudem udało nam się nawet zjeść po drodze. Szczegół, że było to jedzenie z KFC, które wzięłyśmy na wynos i zjadłyśmy w autobusie. Grunt, że udało nam się zdążyć na spektakl, na który swoją drogą warto było biec. Z resztą na oba te musicale warto było też jechać tyle pociągiem.

Aida

Musical ten opowiada historie nubijskiej księżniczki Aidy, która zostaje pojmana przez egipskiego generała Radamesa. Początkowa nienawiść tej dwójki zamienia się w miłość, jednak wojna Nubii z Egiptem oraz zaręczyny Radamesa z księżniczką Amneris stoją na drodze ich uczucia.

Każda Księga

Pierwszą rzeczą jaka bardzo, ale to bardzo spodobała mi się w tym musicalu, był brak miłości od pierwszego wejrzenia. To też wyróżniło go na tle innych. Do dziś nie mogę zrozumieć postępowania Mariusza z „Nędzników”. Jak tylko przypomnę sobie Eponin, to moje serduszko cierpi. Wracając jednak do „Aidy”, tam nie ma czegoś takiego. Relacja głównych bohaterów rozwija się zadziwiająco naturalnie, gdyż historia nie wymusza na nich zachowań, które byłyby niezgodne z ich charakterem. W ich relację naprawdę byłam w stanie uwierzyć, a nie zdarza mi się to w musicalach często. Owa historia miłosna jest ponadczasowa, jak twierdzą plakaty, a ja zgadzam się z nimi całkowicie.

Warto tutaj wspomnieć o postaci Amneris, która w tej historii odegrała rolę dość znaczącą. Co ciekawe nie robiła ona tutaj wcale za tą złą, która stoi na drodze do szczęścia głównym bohaterom. Jej motywacje nie są takie oczywiste. Ja na przykład przez część spektaklu zastanawiałam się, jaka okaże się Amneris w ostatecznym rozrachunku. Czy stanie po stronie ukochanego, który nie odwzajemnia jej uczuć? Czy może będzie chciała się zemścić? Mnie osobiście finał usatysfakcjonował. Z resztą tak samo jak występ Moniki Rygasiewicz, na który przyszło mi trafić.

Nowa Piramida

Zachwyt wywołały we mnie również choreografia i kostiumy. Obie te rzeczy szczególnie przykuły moją uwagę w scenach Dżosera i jego gwardii. Piosenka, której użyłam w nagłówku jest jedną z moich ulubionych piosenek musicalowych, jakie widziałam na scenie. Wykonanie Janusza Krucińskiego podbiło moje serce i mam nadzieję, że zobaczę go w tej roli raz jeszcze, kiedy wybiorę się na „Aidę” drugi raz.

Bo miłość bogów trwa

Miłość zdecydowanie pełni rolę pierwszych skrzypiec w Aidzie. Ale nie tylko ta romantyczna głównej bohaterki oraz egipskiego księcia, a także ta nieodwzajemniona oraz taka między członkami rodziny. Tutaj chciałabym wyrazić swój podziw dla aktorów, którzy na scenie musieli pokazać te wszystkie relacje. Zrobili to naprawdę dobrze. Nawet z mojego środkowego rzędu wyraźnie czułam chemię między bohaterami. Uważam, że obsada, na której byłam, pokazała naprawdę świetną grę aktorską. Było to dla mnie miłe zaskoczenie, ponieważ nie do końca tych aktorów miałam nadzieję zobaczyć. Bardzo liczyłam na Marcina Franca w roli Radamesa, ewentualnie Janka Traczyka, a trafiłam na Pawła Mielewczyka, który jednak zdecydowanie mnie nie zawiódł. Liczyłam też na Anastazję Simińską w roli Aidy, ale trafiłam na Basie Gąsienice-Giewont, która też bardzo mi zaimponowała.

Kajdany są dla ciała

Moment przed antraktem wywołał we mnie chyba największe emocje. Piosenka ta nadal siedzi mi w głowie, a minęły już dwa miesiące. W tamtej chwili byłam już w stanie stwierdzić, iż zakochałam się w Aidzie całkowicie.

Ale nie dla serc

Już nie byłam w stanie dopatrywać się jakichkolwiek wad, bo po prostu zbyt dobrze się bawiłam, żeby to robić. Domyślam się też, iż spektakl na pewno takowe posiadał, lecz tak wpasował się w mój gust, że byłam na nie totalnie ślepa. W sumie to mnie to cieszy, gdyż, mimo że nie jestem teraz w stanie napisać obiektywnej opinii, dzięki temu cudownie spędziłam czas.

Rapsodia z Demonem

To, że w ogóle poszłyśmy z siostrą na ten musical, było kompletnym przypadkiem. Początkowo miałyśmy jechać tylko na „Rock of Ages” w piątek i w sobotę na „Aidę”, i tego samego dnia wrócić. Jednak na jakieś dwa tygodnie przed naszym wyjazdem, ktoś napisał na grupie na Facebooku, że zwolniła się duża pula biletów na rapsodie z demonem. Z ciekawości spojrzałam na termin. Okazało się, że to ta sobota, w którą idziemy do Romy. Co więcej oba spektakle w żaden sposób nie kolidowały ze sobą godzinowo. Akurat miałam trochę pieniędzy uzbieranych z korków, więc w ramach prezentu urodzinowego zafundowałam bilet siostrze. Po za tym sama chciałam pójść, a jako że jechałyśmy do Warszawy razem, było to dosyć logiczne posunięcie.

Prezent okazał się jak najbardziej udany. I ja, i moja siostra bawiłyśmy się świetnie. Do tego miłym zaskoczeniem okazał się Maciej Pawlak w roli Kacpra. Miłym zaskoczeniem w takim sensie, że nie miałyśmy pojęcia, iż gra on w tym musicalu, a od czasu „Pippina” w Poznaniu jest on ulubionym aktorem musicalowym mojej siostry. Tym bardziej mój prezent dla niej okazał się idealnie trafiony.

Przechodząc już jednak do moich wrażeń z samego spektaklu, świetnie spędziłam na nim mój czas z kilku różnych powodów.

Utwory grupy Queen

Może nie uważam siebie za prawdziwą fankę tego zespołu, jednak bardzo lubię ich muzykę. Do wielu ich kawałków regularnie wracam, więc naprawdę miło było ich posłuchać na żywo w takim wykonaniu. Uważam, że pozostawienie piosenek w ich oryginalnym języku było posunięciem jak najbardziej trafionym. Utwory ładnie też dopełniały fabułę, która nie była zbytnio wybitna, ale swoje zadanie jako tło dla piosenek Queen spełniała świetnie. Generalnie wykonania pod względem wokalnym według mnie także były bez zarzutu.

Interakcje z widownią

Tutaj naprawdę chciałabym wyrazić swój podziw dla twórców tego musicalu. Tyle rzeczy mogło przy tym punkcie pójść nie tak. W końcu nie zawsze trafi się na widownię, która będzie współpracować. A nawet jeśli widownia będzie chciała współpracować to i tak nie koniecznie to zrobi. Ludzie z natury nie lubią robić czegoś jako pierwsi, bo w ten sposób zwracają na siebie uwagę. Zauważyłam to najczęściej przy owacjach na stojąco, przy których zwykle mija trochę czasu zanim wszyscy wstaną, a to głównie dlatego, że mało kto chce wstać jako pierwszy. Podobnie dzieje się w przypadku interakcji podczas trwania spektaklu. Dlatego próba takiej interakcji może skończyć się lekką niezręcznością, jeżeli ze strony sceny nie pojawi się wyraźna zachęta. W takich przypadkach raczej nie ma miejsca na subtelność. Widownia potrzebuje jasnych sygnałów, że ma dać coś od siebie. Na „Rapsodii z Demonem” sygnały były bardzo wyraźne, ale jednocześnie idealnie dopasowane do tego, co dzieje się na scenie. Momentami interakcje z widownią wywoływały u niej śmiech. Muszę przyznać, że to współpracowanie z osobami na scenie oraz tymi obok mnie zapewniło mi całkiem sporo zabawy. Zdecydowanie było to bardzo miłe doświadczenie.

Obsada

Nie wiem, jak w ogólnym rozrachunku wypada cała obsada, ale według mnie aktorzy, na których trafiłam ja, spisali się świetnie. Oczywiście w roli głównej Jakub Molęda, bo z tego co się orientuje, obecnie tylko on jest w niej obsadzony. Jak już wspominałam w roli Kacpra Maciej Pawlak, który zdobył serca moje i mojej siostry już wcześniej na premierze „Pippina”. No i w roli mistrza Sebastian Machalski, który także nie zawodzi. Od czasu mojego wyjazdu już minęło trochę czasu i nie za bardzo wiem, co więcej mogę napisać niż to, że bardzo dobrze oglądało mi się całą obsadę w akcji na scenie Teatru Rampa. Z całą pewnością chętnie wybrałabym się do niego jeszcze raz, ale tym razem może na inny spektakl, więc jeżeli ktoś z was bywa w Teatrze Rampa to jestem otwarta na propozycje i rekomendacje.

To by było na tyle, jeśli chodzi o moje wrażenia z mojej musicalowej wyprawy do Warszawy. Choć nie pałam jakoś szczególnie miłością do samego miasta (a zwłaszcza do tego strasznego tunelu pod skrzyżowaniem w centrum) to z całą pewnością do niego wrócę, ze względu na cudowne teatry muzyczne.

Polub kluseczkę na Facebooku, żeby być na bieżąco.